Pigasus - Polish Poster Gallery

Danziger Straße 52, 10435 Berlin - Prenzlauer Berg

Wystawa w Pigasus Polish Poster Gallery

Zbigniew Kaja Polska Szkoła Plakatu Berlin

Zbigniew Kaja Plakaty


Zbigniew Kaja


Otwarcie wystawy:



05. listopada, godzina 19
Wystawa do 30. listopada 2015


Autor plakatu:
Ryszard Kaja


Zbigniew Kaja (1924 - 1983)

PIGASUS proponuje wgląd w świat sztuki Zbigniewa Kai, artysty zmarłego w 1983 roku. Za życia był Kaja zaliczany do najwybitniejszych przedstawicieli Polskiej Szkoły Plakatu. Jego prace trudno dziś znaleźć. Rodzina Zbigniewa Kai od lat próbuje zarchiwizować tę schedę, niestety jego prace rozrzucone po całym świecie, często niesygnowane, wymykają się tym próbom.
Sierpniowa wystawa zaprezentuje ok. czterdziestu plakatów Zbigniewa Kaji pochodzących z archiwum Ryszarda Kaji, syna artysty, również wybitnego artysty plakatu, który też swoją obecnością uświetni wernisaż.



Zbigniew Kaja

Zbigniew (Zbychu) Leon Kaja (1924 - 1983)

Zbigniew ( Zbychu ) Leon Kaja ur. 20 czerwca 1924 w Poznaniu - zm. 6 pazdziernika 1983
Zajmował się grafiką warsztatową i użytkową. Uprawiał rysunek i malarstwo, drzeworyt, litografie, fotograwiure, ilustrowal książki, tworzył ex-librisy, pasjonował się typografią, był także scenografem , projektował neony i znaki graficzne. Był wybitnym polskim plakacistą, jednym z twórców polskiej szkoły plakatu. Zrealizowal ponad 300 plakatów.

Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu (1947-51) oraz w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Był kierownikiem artystycznym BWA później KAWu (Krajowa Agencja Wydawnicza) w Poznaniu (1962-77), wykładowca na ASP (1961-1965) i UAM. Dotychczas udało sie skatalogowac ponad 300 grafik , 86 obrazów olejnych, 298 exlibrisów, ponad 400 okładek książek, katalogów i programów teatralnych, 49 zrealizowanych projektów scenograficznych. Jego twórczość była silnie związana z Poznaniem i Wielkopolską.

28 wystaw indywidualnych i ponad 40 zbiorowych w kraju i za granicą m.in.: Niemcy, ZSRR, Korea, Turcja, Indie, Chiny, Węgry, Dania, Norwegia, Szwecja, Jugosławia, Belgia, Holandia, Włochy i Francja.

30 Jego plakatów zostało nagrodzonych lub wyróżnionych w konkursach i pokazach ogólnopolskich (otrzymal 9 pierwszych nagród i 8 drugich) w tym m.in.: I nagroda za plakat na Ogólnopolskiej Wystawie Plakatu- 1954, Nagroda Miasta Poznania - 1955 i 1956, III nagroda na Ogólnopolskiej Wystawie Ilustracji, Plakatu i Drobnych Form w Warszawie - 1955, Wyróżnienie na Wystawie Plakatu oraz Wyróżnienie na Wystawie Grafiki Artystycznej i Rysunku z cyklu "Polskie Dzieło Plastyczne w XV -lecie PRL" - 1961, Nagroda Roku za "Najlepszy Plakat Warszawy" - 1962, złoty i brązowy medal na Ogólnopolskim Biennale w Katowicach -1963, Wielkopolska Nagroda Wojewódzka za caloksztalt twórczosci - 1972.


Zbigniew (Zbychu) Kaja*

Mój Ojciec urodził się w 1924 roku w Poznaniu. W Poznaniu mieszkał, pracował, zmarł w 1983 w wieku 59 lat, za wcześnie. Wystawa berlińska przywołuje Go, za późno. Zbyt wielu Jego przyjaciół już odeszło, notatek pozostawił mało, publikacji jeszcze mniej a ja tak wiele zapomniałem. Gdy ktoś umiera to jakby spłonęła cała biblioteka.

Pamiętam kilka obrazów... w dzieciństwie jeszcze, siedząc na Jego kolanach maluję zygzaki, którym On domalowuje dwie-trzy kreski i magicznie zamienia bazgroł w graficzny znak, śmieszny rysunek zwierzaka, roślinki, ludzika. Pamiętam jak bawiliśmy się na ulicy poznańskiego Łazarza i Ojciec skacząc ze stopni złamał nogę, bardzo imponowały mi malunki na gipsie jakie sobie wyczarowywał. Pamiętam Go pochylonego nad stołem kreślarskim z zsuniętymi na koniec nosa ciężkimi okularami. Pamiętam Jego mały pokój-pracownię gdzie obawiałem się wejść by Mu nie przeszkadzać w pracy: fioletowa zasłona, dwa stoły, boki zastawione szafami "kowalskiego" po brzegi wypełnionymi stertami papierzysk, jedna wolna ściana do wieszania ostatnich prac, w kącie łóżko, nad łóżkiem, pod łóżkiem rulony plakatów, wszędzie książki i wszędzie dzwonki, które zbierał, w kącie wędki i wiosła do pontonu, ostre światło jarzeniówki i wielka plama po rozlanym czerwonym tuszu, który mu wylałem dzieckiem będąc. Miał tu nieskazitelny porządek pomimo nieprawdopodobnej ilości papierów spiętrzonych w teczkach, ryzach, skoroszytach, to był właściwie magazyn ścinków, wycinków i farb, mnóstwo kolorowych farb, niczym kwiatów w ogrodzie. Na stole wszystko pedantycznie równo poukładane: pędzle w kubkach, rylce drzeworytnicze w puszkach, ołówki, kredki, gumki w metalowych pudełkach i zawsze rozłożona biała kartka a obok w narożniku wielki słój z czystą wodą do maczania pędzli. Do słoika tego przychodziły pić nasze koty, nieraz pozostawiając Mu chryzantemy łap na rozłożonym obok rysunku. Pod stołem zaś było ulubione miejsce Jego ukochanego psa Tima, wielkiego czarnego przytulnego leniucha. Tego pokoju już nie ma. Natomiast, gdy tylko Ojciec opuścił swe sanktuarium-pracownię stawał się potwornym bałaganiarzem. Kuchnia po Jego pichceniu wyglądała jak pobojowisko. Mógł się obejść niemalże bez wszystkiego ale nie bez pomidorów. Zupę pomidorową gotował sobie niemalże codziennie, choćby kubeczek. Aby zdobyć koncentrat pomidorowy na zimę w owych czasach niedostatków, zmuszał wszystkich domowników do stania w gigantycznych nieraz kolejkach. Lubił jeść - obficie i tłusto. I niestety, popić też. Z postury, mówiąc delikatnie, był krągły. Pamiętam, gdy malował zawsze w tle szemrało radio. Lubił ów potok słów poprzeplatanych muzyką. Miał swoje ulubione piosenki, nie najlepsze trzeba przyznać, w tym jedną lubił za odważny tekst, okropną. Chyba jej słów nie dosłyszał, bo był święcie przekonany, że brzmi: "mały biały pies bez łap". Nucił to bez końca i był bardzo zdziwiony, gdy wreszcie ktoś mu uświadomił, że pies jest tylko bez łat. Lubił tworzyć korzystając z nożyczek. Rach-ciach, ciął, przycinał, niekiedy nawet zapominał się i niszczył piękne książki za co obrywało mu się tęgo w domu. Kiedyś jeden z gości patrzył jak Ojciec tworzył coś w swym wycinankowym stylu i kierowany pewną zazdrością westchnął: " tak sobie tniesz i tniesz a pieniążki Ci lecą i lecą a ja musze pracować by zarobić". Był niezwykle pracowity i gdy wspominam, to zawsze widzę Go albo malującego albo leżącego, przykutego chorobą do łóżka. Pamiętam jak będąc w szpitalu zadzwonił i konspiracyjnym szeptem poprosił bym, nic Matce nie mówiąc, przyjechał do szpitala, teraz, natychmiast, a w czasach tamtejszych dostać się na oddział poza godzinami przyjęć było niełatwo i gdy spanikowany, że coś Mu się stało, sforsowałem wszystkie przeszkody, cichutko, zawstydzony, poprosił o wymianę baterii w radiu. Świetnie trafił, ja też nie umiałem i do dzisiaj nie potrafię ale On zawsze się tego wstydził. Nawet żarówki w Jego lampie do pracy musiała wymieniać Mu Matka. Większy zestaw śrubek był dla Niego tylko i wyłącznie inspiracją do stworzenia jakieś makiety lub rzeźbiarskiego kolażu. W najśliczniejszym wykorzystał spłuczkę, której brak przez jakiś czas bardzo nam doskwierał. Syrenki, naszego samochodu, nigdy nie nauczył się prowadzić. Może dlatego, że lubił być wożony. Z Matką włóczyli się po całej Polsce, z namiotem w bagażniku i tysiącem potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy. Wyznawali zasadę, albo luksus albo dzicz i natura, a że na luksus na ogół nie było nas stać lądowaliśmy w głuszy, obowiązkowo bez prądu. Jeszcze jako studenci często bywali z Matką w leśniczówce Pranie. Później zakochali się w Wielkopolsce, w nowotomyskich lasach i okolicach Brdy. Ojciec jeśli nie malował lub nie rysował, to w rękach miał zawsze wędkę a my mieliśmy na obiad liny i szczupaki.

Zawodowo był związany z agencją wydawniczą, początkowo WAG a później KAW, której był kierownikiem. Krótko wykładał na poznańskiej ASP i na UAM ale nie przepadał za dydaktyką. Epizodycznie pracował też jako doradca ministerialny d/s grafik. Zawsze jednak przedkładał pracownie nad gabinety. Stąd też, do dzisiaj spotykam w teatrach i drukarniach starych pracowników, którzy dobrze Go pamiętając, wspominają nie tylko wspólne prace ale i żarty. Przywołują Jego obraz niezrównanego gawędziarza i wzbudzającego szacunek fachowca, był pracoholikiem. Mówią mi, że pomimo niezliczonych osobistych kłopotów żartował, tryskał humorem i często z dystansem kpił z siebie. Miło tego słuchać, tym bardziej, że ja już Go takiego nie pamiętam. Mnie widok Ojca umierającego latami, cierpiącego, zmęczonego chorobą wyparł inne wspomnienia. Umierał 10 lat. W Poznaniu był znany i ceniony ale szybko o Nim zapomniano. Nie publikował i nie dokumentował swej twórczości. Może dlatego, tak mi się wydaje, że sam nie do końca zdawał sobie sprawę jaki talent w Nim drzemał. Nie potrafiąc odmawiać rozmienił swój talent na drobne. Twórczość Jego, tak różnorodna, rozproszyła się i właściwie nie sposób ustalić wszystkiego co zrobił. Większość projektów była nawet nie podpisana. Krąg Jego najbliższych to ludzie nie związani ze sztuką - rodzina, Dembscy, Karpiele, Morrysonowie. Przyjaźnił się też z kilkoma, często bywającymi u nas plakacistami. Z Janem Lenicą, który Poznań opuścił wcześnie, z Antonim Rzyskim - przyjacielem domu, z Julianem Pałką. Z Pałką zrealizował nawet kilka wspólnych projektów ale gdy ten w 1954 na swoim plakacie "Hamlet" użył liternictwo skopiowane z powstałego wcześniej filmowego plakatu Ojca ("Hamlet", 1950), Ojciec zamiast walczyć z plagiatem o prawo autorskie, zerwał tylko z nim kontakty.

Ojciec próbował swych sił w wielu formach. Zbyt wielu. Szkoda, że nie skupił się na wybranych. Był bardzo dobrym kolorystą. Był też scenografem teatralnym, zajmował się wystawiennictwem kilkakrotnie przygotowując polskie pawilony na targi i expo ale przede wszystkim zajmował się grafiką użytkową i edytorską. To lubił najbardziej. Projektował znaki graficzne, kroje czcionek, znaczki, banknoty, ilustracje i okładki do książek i programów teatralnych. Projektował wyśmienite exlibrisy, miniaturowe arcydziełka, w których kodował cechy właściciela książki. Dzisiaj zestaw Jego exlibrisów to właściwie galeria najważniejszych poznaniaków z tego czasu. Wśród nich odkryty przez Ojca tramwajarz malarz-samouk Zygmunt Warczygłowa, którego karierą także się zajął. Dużo, dużo tego, za dużo. Gdzieś rozmienił się. I w tym natłoku trudno dostrzec Jego świetne szkice tuszem z Turcji, collage z Samarkandy czy rysunki znad Warty i Brdy. Tworzył teatralne linoryty i chyba jeszcze lepsze drzeworyty. Jako jeden z pierwszych zaczął używać technik fotograwiury do prac artystycznych.
Teraz, gdy przeglądam Jego prace, uderzają mnie cechy bardzo dla Ojca twórczości charakterystyczne - nonszalancja z jaką traktował swój talent a jednocześnie rzetelność wykonywania swego fachu. Może dlatego właśnie najbardziej spełnił się w plakacie.

Ojciec najbardziej był znany i uznany dzięki plakatom. To był plakacista z krwi i kości, świetny liternik, graficzny w spojrzeniu, skrótowy w myśleniu a przy tym świetny rysownik. Umiał łączyć zwięzłą informację z możliwie łatwym do zapamiętania prostym językiem obrazu. Potrafił całą treść zawrzeć w jednym znaku. Jest autorem ponad trzystu plakatów, dokładnie ilu nie wiadomo, wciąż są jeszcze archiwizowane. W większości politycznych i teatralnych. Pozostały zapiski Matki, która starała się ogarnąć całą Jego twórczość. Po Jej śmierci spis tego co zostało w domu, w Poznaniu prowadzą mozolnie wnuki Dominika i Mateusz, a we Wrocławiu ja. Zapewne jest jeszcze mnóstwo nie odkrytych prac Ojca, których śladów trzeba szukać w publikacjach, recenzjach, wydawnictwach i w osobistych notatkach pozostawionych w chaosie. Zagłębianie się w Jego przeszłości jest wzruszającym doświadczeniem. Pamiętam, gdy Ojciec tworzył plakat a oryginały były wówczas wykonywane w skali 1:1, zawsze w pewnym momencie brał lornetkę i odwracał ją aby zobaczyć jak plakat będzie wyglądał z daleka, na ulicy. Zawsze też mi powtarzał, gdy już studiowałem malarstwo, że trzeba wyjść z pokoju i wrócić jak obcy aby zobaczyć co się schrzaniło.
Plakat przyniósł Mu sukces bardzo szybko. PWSSP (Wydział Grafiki) ukończył w 1953 roku a już rok później odbierał swą pierwszą I nagrodę za plakat na Ogólnopolskiej Wystawie Plakatu. Był jednym z twórców odnoszącej triumfy polskiej szkoły plakatu. Najbardziej znanym, cenionym i wielokrotnie wyróżnianym Jego plakatem w Polsce i za granicą jest plakat oświęcimski "Nigdy więcej" z 1955 roku i jego druga wersja "Pamiętamy" z 1962. Moim zaś najbardziej ulubionym Jego plakatem jest "Cyganeria" z 1966 roku z Opery Poznańskiej. Do tej pory udało mi się doliczyć 28 wystaw indywidualnych i ponad 40 zbiorowych w kraju i za granicą m.in.: Niemcy, ZSRR, Korea, Turcja, Indie, Chiny, Węgry, Dania, Norwegia, Szwecja, Jugosławia, Belgia, Holandia, Włochy i Francja. W 1985 roku, w Poznańskim Arsenale była Jego pierwsza pośmiertna wystawa prezentująca przekrój całej twórczość. Wystawiono na niej ponad tysiąc prac: ponad 200 plakatów, obrazy, grafiki, rysunki, exlibrisy, projekty, szkice, obwoluty a nawet nasz ulubiony serwis do kawy w diabelskie wzory malowany. Obecnie największy zbiór Jego prac, głównie plakatów, posiada Muzeum Narodowe w Poznaniu. Najwyższy czas by ocalić Go od zapomnienia.
Ryszard Kaja - syn

* Wspomnienia przygotowano z okazji wystawy plakatów mego Ojca w Galerii Plakatu Polskiego "Pigasus" w Berlinie, sierpień 2010. Pomysł przygotowania wystawy w takiej formie podsunął Krzysztof Dydo z krakowskiej Galerii Plakatu. Dużą pomoc w jej przygotowaniu okazali właściciele Galerii Plakatu Polskiego "Pigasus" z Berlina Asia i Mariusz Bednarscy, którzy zainteresowali się pracami mego Ojca, to wzruszające. Swój pewien udział ma też Mateusz Kaja, wnuk, mój bratanek, który nie zdążył Dziadka poznać. Najwięcej jednak trudu i serca w zrealizowanie tej wystawy włożył Leszek Jamrozik. Wszystkim najserdeczniej dziękuję.
Ryszard Kaja

Zbychu

Zbychu – tak zwracali się do Niego wszyscy. Rodzina, przyjaciele, nawet ludzie z którymi miewał jedynie sporadyczne kontakty. I jako ZBYCHU przetrwał w pamięci – uczynny, towarzyski i bardzo pracowity.

Przedstawienie Jego wszystkich dokonań graniczy z niemożnością. Od drobnych form graficznych jakimi są exlibrisy, znaczki pocztowe, plakaty – z których słynął, scenografie, ekspozycje, obrazy, projekty... Dokumentowanie wszystkich prac Zbycha trwa bardzo długo. Pewne Jego dokonania były nader ulotne, jak choćby projekty neonów, wystroje wnętrz, których już po prostu nie ma. Swoje sukcesy zawdzięczał doskonałemu warsztatowi i prostocie wyrazu. Jego prace trafiały do odbiorcy właśnie dzięki skrótom, czytelności przekazu.

Potrafił tworzyć bez względu na okoliczności, czego dowodem niech będzie zdobycie w jednym konkursie na plakat dwóch nagród i jednego wyróżnienia. Zbychu był wówczas na długo przykuty do łóżka, konkurs zaś bardzo atrakcyjny. Leżąc robił projekty, z których wybrał trzy, polecił sfotografować, powiększyć i wreszcie przy pomocy stosowanej wówczas aniliny odpowiednio zabarwić. Ot, talent.

Był niezrównanym liternikiem. Cyzelował literki perfekcyjnie i w dzisiejszych, skomputeryzowanych czasach trudno znaleźć podobnie kunsztowną czcionkę. Ale do anegdot należy sytuacja, kiedy z racji doskonałości otrzymał zlecenie odręcznego napisania listu od Wielkopolan do I sekretarza KC. Termin „na wczoraj”, do dyspozycji jeden wyliczony arkusz niedostępnego wówczas papieru czerpanego. Zbychu zabrał się do pracy i tuż przed upływem odbioru była ona wykonana. Ostatnie spojrzenie, do wymazania pozostał ślad ołówka. Gumka, strzepnąć jedynie pozostałości po niej i... w tym momencie zahaczył ręką o pędzelek zamoczony w słoiku z wodą, która wylała się na efekt żmudnej, niepotrzebnej już pracy. Co było dalej, to historia na osobne opowiadanie.

Zbychu był poznaniakiem z krwi i kości. Kiedy dostał nader korzystną ofertę przeniesienia się do Warszawy, ku przerażeniu rodziny powiedział - nie. Poznań, Wielkopolska – to było Jego miejsce na Ziemi. Tutaj głównie pracował – chociaż realizował się w całym kraju, także poza jego granicami. Jedynie swojskie pejzaże i widoki utrwalał na swoich obrazach. Nawet na ukochane ryby nie wyjeżdżał zbyt daleko. Żadne Mazury, morze, góry. Tam można było wypoczywać, ale co to za wypoczynek bez wędki?

Z dwiema rzeczami nie potrafił się uporać. Z pieniędzmi, do których nie przywiązywał wagi i zdrowiem, którego zwyczajnie nie miał. Chorował niemal zawsze. Podczas naszego ostatniego spotkania powiedział mi: mogę walczyć z przeciwnościami, jedną chorobą, drugą, ale nie wszystkim. Nie mam już sił. I poddał się.

Zbigniew Kaja żył 59 lat. Zmarł w ukochanym Poznaniu 6 października 1983 roku.

Przemysław - syn

Plakat do wystawy Zbigniewa Kai autorstwa Ryszarda Kai można zamówić w naszym sklepie internetowym: Pigasus polishpostershop.com

PIGASUS-GALLERY

Danziger Straße 52
10435 Berlin Prenzlauer Berg

Tel.: +49 (0)30 - 28 49 36 97
Pn - Sob: 14:00 - 19:00

info@pigasus-gallery.de
www.polishpostershop.com